Szczerze mówiąc mam co najmniej dziurek od nosa cyklu – tydzień w przedszkolu między zasmarkanymi dziećmi, a następnie dwa tygodnie w domu z prywatnymi smarkami po sam pas. To bywa po prostu poezja, jakim sposobem niektórzy rodzice bez zająknięcia prowadzą swoje dziarsko pociągające nosami bądź intrygująco charcząco-kaszlące pociechy do przedszkola.
A może skuteczne będzie pobieranie opłat za opiekę nad przeziębionymi dziećmi w przedszkolu, z czego zyski przekazane zostaną na pokrycie rachunku za leki tego typu dzieci, które najpewniej od nich koncertowo załapały jakieś świństwo? A może stały bywa pomysł mojej koleżanki, żeby rodzic takiego dziecka z “bonusem” okazywał opiekunce grupy w przedszkolu zaświadczenie lekarskie, że kaszel bądź katar to kwestia alergii czy że nikt się tym nie zarazi?
A http://pepowinowa.pl/komorki-macierzyste-inwestowanie/komorki-macierzyste-inwestowanie-w-przyszlosc/ o ile ktoś z rodziców obecnie zakichanych maluchów zechce wysunąć argument, że dziecko musi własne przechorować, to ok, może albo musi, ale ja nie muszę resetować portfela w aptece bodaj dwa razy w miesiącu. Zresztą, nie tyle marzy mi się ekstremalny kurs uodparniania dziecka, ten bakteryjno-wirusowy surwiwal, co przebywanie Bartka pomiędzy dziećmi albo wykształcanie postaw prospołecznych.
.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz